Gruzja – polityczna zawierucha, ale nie jest tak źle

Chwaliłem w poprzednim wpisie Armenię i Gruzję, że podczas wyborów w tych krajach przynajmniej nie wiadomo, jaki będzie ostatecznie wynik głosowania. O takich krajach jak Azerbejdżan, Kazachstan czy Rosja (choć lokalnie zdarzają się tam niespodzianki) tego powiedzieć nie można.

Zdanie podtrzymuję, bo choć kampanię wyborczą w Gruzji uznano za bardzo brudną, a sam proces głosowania był pełen incydentów, to nie był to mecz do jednej bramki (punkt dla Gruzji). Kandydaci startowali niemal z równych pozycji, jeśli idzie o wynik pierwszej tury: Salome Zurabiszwili miała tylko procent przewagi nad kandydatem opozycji Grigolem Waszadze (wspieranym przez Micheila Saakaszwilego dawnego lidera rewolucji róż w 2003 r. i potem prezydenta kraju – dziś na uchodźstwie, bo w ojczyźnie grozi mu więzienie).

Oczywiście, że niedawne głosowanie w Gruzji – 28 listopada odbyła się druga tura prezydenckich wyborów – pokazało, że nie wszystko jest takie kolorowe. Jest jednak pewnym pozytywnym novum, że prezydentem kaukaskiego państwa, gdzie niemal każdy mężczyzna to macho, będzie kobieta (i za to drugi punkt), Salome Zurabiszwili (choć kobiety już pełniły ważne funkcje w tym państwie), ale skala nieprawidłowości wyborczych musi smucić. Nie tylko opozycja oskarża władze o fałszerstwa wyborcze, niezależni obserwatorzy także wskazują na liczne nieprawidłowości – zwracają jednak uwagę, że przewaga zwyciężczyni nad Grigolem Waszadzem 59,5 proc. do 40,5 byłaby niemożliwa do osiągnięcia bez rzeczywistej woli Gruzinów (więc za wynik generalnie oddający nastroje wyborcze – trzeci punkt).

Trudno powiedzieć, co zdecydowało o takim wyniku. Teoretycznie szanse Waszadzego powinno zwiększyć wsparcie go przez Dawita Bakradzego, który zajął w pierwszej turze dobre trzecie miejsce z 10 proc. głosów. Ale znowu frekwencja była wyższa o prawie 10 proc., więc może udało się Zurabiszwili pozyskać nowych zwolenników – np. obiecując, co robił rząd, wielu z nich umorzenie kredytów (dokładniej – że je spłaci). A może liczne wypowiedzi Saakaszwilego, zamiast pomóc jego kandydatowi, tak naprawdę mu zaszkodziły?

W każdym razie kto dziś wskaże kraj, w którym w czasie kampanii nie obrzuca się przeciwnika błotem, gdzie nie wypływają jakieś nagrania czy maile, gdzie nie rozdaje się pieniędzy albo nie obiecuje umorzenia długów? Znamy to wszak i ze starszych, i bardziej stabilnych demokracji.

Zwolennicy Waszadzego są oczywiście zdania, że wybory sfałszowano. Choć nie było w ekipie Waszadzego determinacji w tej kwestii – Saakaszwili zapowiedział, że „nigdy nie uzna tych wyborów”, i wezwał, aby nazajutrz rozpocząć akcje nieposłuszeństwa wobec władzy. Waszadze nie poparł tego wezwania, ale zapowiedział mityng na 2 grudnia.

Tak więc opozycjoniści w niedzielę 2 grudnia zebrali się na mityngu w Tbilisi, stwierdzili, że wybory były sfałszowane, i wystosowali żądania polityczne – chcą przyspieszonych wyborów parlamentarnych. Zapowiedzieli akcje protestu 16 grudnia, w dniu inauguracji prezydentury Zurabiszwili, i domagają się, by władza usiadła z nimi do rozmów w celu rozwiązania kryzysu politycznego. Ich problem polega na tym, że władza – czyli partia Gruzińskie Marzenie, czyli Bidzina Iwaniszwili, czyli oligarcha pociągający w Gruzji za sznurki – żadnego kryzysu nie widzi. Zurabiszwili wygrała wybory, jest, tzn. będzie po inauguracji legalną panią prezydent (prezydentką?) i wszystko gra.

Jasne, że nie wszystko gra. Jednak demokracja w Gruzji chwieje się i kolybie, ale trwa.

2 grudnia było protestujących około 9 tys. Niezbyt imponująca liczba. Pytanie więc, czy będzie ich przybywać, czy sprawa rozpłynie się po kościach. Walka rządzącego Gruzińskiego Marzenia (Iwaniszwili) ze Zjednoczonym Ruchem Narodowym (Saakaszwili) w dużym uproszczeniu przypomina to, co dzieje się na naszym podwórku. Niby wszyscy mają dość wojny dwóch plemion, ale jakoś trudno wykreować nową siłę, która dałaby Gruzinom nadzieję.

16 grudnia przekonamy się, czy opozycja zdołała narzucić tempo gry, czy Gruzini jednak będą woleli zająć się swoimi sprawami. Sytuacja nie jest bardzo rewolucyjna – wzrost gospodarczy przyzwoity, inflacja znośna.